Historia pewnej kolacji

  To był strasznie szary dzień jak na okres, w którym wszystko powinno być przykryte lśniącym grubym puchem, a ludzie powinni jeśli nie bawić się na lodowisku to przynajmniej rzucać się śniegiem z tym radośnie niewinnym uśmiechem na twarzy. Jednak ten poniedziałek zdecydowanie do nich nie należał.
    Ale to było mało ważne w wizji romantycznej kolacji………
…..na którą umówiłem się na dziś z pewnymi pięknymi Paniami – i myślę, że bez przeszkód można by przeboleć taki poniedziałek dla nadchodzącego właśnie wieczoru.
    Muszę się w tym miejscu przyznać, że dopiero od miesiąca poznaje smak gotowania i chyba zwariowałem na starość – moje ulubione zajęcie to gotowanie kobietom wymyślnych kolacji, nawet już zacząłem się w tym specjalizować – duszone warzywa oraz czerwone mięso oraz zmyślne przestawki. Na dzisiejszą przystawkę wymyśliłem pieczarki z zapieczonym w środku serem żółtym – niestety tradycyjnie życie sprowadziło mnie na parter gdy pani w sklepie powiedziała – „zwariował pan ? nie ma pieczarek o tej godzinie – proszę jutro przyjść” – i co miałem Jej powiedzieć ? że kolacja mojego życia jest dziś, a jutro to nie będę już chciał ani pieczarek ani nawet truskawek ani szampana.
    Wizyta w Carrefourze była długa choć bardzo odkrywcza, wybrałem bukiet czerwonych warzyw, trochę ziół, butelkę wina, a sercem całej potrawy została soczysta czerwoniutka polędwiczka. Znudzony zakupami w wielkim sklepie, przebrałem się stosownie do wieczoru i pognałem do kuchni odkrywać różne jej smaki, o dziwo znalazłem w niej też – magnetofon. Hmm, co tam włożyć, przecież to XXI wiek. I tak przypadkiem znalazłem parę kaset ze swojej młodości, kiedy nie było jeszcze komputerów ani mp3 playerów. Boże przecież to jużtyle lat – co będzie gdy wróci masa młodzieńczych wspomnień z okresu dorastania – nic to zawsze miałem skłonność do ryzyka – niech lecą!
Nie wiem czemu puściłem Bjork do przygotowywania warzyw – może przez tę piosenkę, która właśnie leci teraz gdy piszę te słowa … I’m a fountain of blood…in the shape of the girl….hipnotyze by the whirl…drink me, make me feel real….the game we playing is life…leave me now return to… , nie mogę napisać czemu jest dla mnie taka szczególna – choć nietrudno się domyśleć, że w moich wspomnieniach nie chodził raczej o odkrywanie nowego wysublimowanego, pełnego tajemnic i namiętności…..algorytmu komputerowego.     No dobrze, warzywka się duszą, czas zmienić muzykę na “Meat Loaf” i zająć się tą krwistą, apetycznie wyglądającą polędwiczką – będzie nam dobrze przy tej płycie.     Pani miała dziś ze mnie straszny ubaw w sklepie gdy ja pytałem czy dobrze byłoby tą polędwiczkę poddusić na parowniku wcześniej. Co śmiesznego w tym pytaniu – przecież wystarczy na mnie spojrzeć aby wiedzieć, że nie znam się na gotowaniu – ale Ona chyba tak, skoro pracuje półżycia na stoisku mięsnym. Już miałem Jej powiedzieć, że gdy pierwszy raz kogoś rozbierała, próbując to robić namiętnie to nikt się z niej nie śmiał – gdy nagle Ona podpowiedziała mi fajną koncepcję na tą polędwicę, więc grzecznie podziękowałem – uśmiechnąłem od ucha do ucha i pognałem szukać sera Brie – doskonały aperitif do czerwonego wina. Kupiłem Kadarkę – bułgarskie wina maję taką lekko wyczuwalną cierpkość – winogrona – inaczej dojrzewają w tym klimacie mimo wszystko bardziej brutalnym niz Grecja czy południe Włoch. Ta cierpkość będzie się doskonale komponowała z moją soczysto czerwoną polędwiczką.
No chyba udało mi się rozprawić z tym mięskiem i pociąć je tak aby można było to wszystko jeść pałeczkami, teraz najważniejsze – przyprawy. Gdy w sklepie zobaczyłem cały regał z przyprawami to zrobiło się miękko w kolanach lekko się spociłem, zrobiłem się mokry i pomyślałem tylko – no i co dalej gamoniu?  jak prosty człowiek ma ogarnąć te wszystkie smaki i kolory to jest amazing ?   ile jeszcze kolacji minie zanim uda mi się to jako to ogarnąć. Ale widzę, że zaczęli sprzedawać specjalizowane przyprawy dla takich gamoni jak ja. Na przykład “przyprawa do grilla”, “przyprawa do karkówki”, “przyprawa do ryb”. No ale nie znalazłem nigdzie przyprawy do polędwicy. I dobrze, to byłoby zbyt proste – nie miałbym przecie¿ co odkrywać, z czym eksperymentować, bez sensu lepiej sam połączę parę przypraw – najwyżej nie dożyje wtorku.
Powoli otwieram Kadarkę, muszę przyznać, że jej brunatny kolor doskonale pasuje do mięsa, które właśnie zaczyna się nieśmiało rumienić na patelni. Coś tu nie gra – przecież ja jeszcze nigdy nie otwierałem tak długo wina i nigdy nie zastanawiałem się nad tym jak głęboki jest jego kolor – ba nigdy nie zastanawiałem się nad tym z czym ten kolor mi się kojarzy. No tak ale nigdy te¿ nie robiłem przy tym kolacji a tym bardziej nie pisałem w tym samym czasie blogu na komputerze.
Nie wytrzymam – muszę jej skosztować – ju¿ teraz – zanim odbierze mi ją dla siebie smak polędwicy, która ju¿ jest prawie gotowa. Znikam na chwilę.
    Danie główne już gotowe, jeszcze muszę do tego dodać parę delikatnych papryczek peperoni dla odpowiedniego podniecenia smaku i wszystko będzie gotowe. Jest jeszcze jedna kaseta, która zna wiele moich tajemnic – “Pink Floyd – Animals” – właśnie zaczyna mnie ogarniać jej klimat – jest taka tragicznie spokojna – jak pół mojego życia chyba zresztą – myślę, że będziemy dziś pasować do siebie.     Cała ta gotowa potrawa wygląda przepysznie, trochę zbyt apetycznie aby ją zjeść ale też zbyt apetycznie aby pozwolić jej ochłonął – chyba właśnie zrozumiałem tragizm osiołka i jego dwóch żłobów , nie mogę się oprzeć aby zrobić jakieś zdjęcie, nigdy nie robiłem zdjęć kolacjom ale w końcu to mój pierwszy raz, kiedyś będę chciał pamiętać ten, w pewnym sensie – namiętny – wieczór.
Cóż już prawie pora ciszy nocnej, grzeczni chłopcy idą spać – ja zaczynam kolację – w pewnym sensie spełniła moje dzisiejsze nieśmiałe marzenia – szkoda tylko, że – moje panie nie przyszły.